ItalianoHrvatskiEnglishFrançaisDeutchEspañolPortuguesePo PolskuSlovakia     

 

pointerHome 

Matka Elvira w Rzymie

Nasza młodzież zapytana o życie we Wspólnocie opowiada zawsze o swojej wędrówce z ciemności do światła. Ja też chcę w ten sposób zacząć swoją wypowiedź. Chcę opowiedzieć wam o Miłosierdziu Bożym w mojej rodzinie, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, w latach 40.

Podczas wojny mój ojciec został powołany do wojska, my mieszkaliśmy na południu...Został powołany do wojska na północy Włoch w regionie Piemont, my nie wiedzieliśmy nawet, co oznacza słowo Piemont. Przeprowadziliśmy się wraz z moim ojcem na północ. Było nas siedmioro rodzeństwa, wygłodniałego, zziębniętego...Nasza mama była bardzo wytrwałą kobietą i dźwigała na swoich ramionach cierpienie całej rodziny. Dlaczego wam o tym mówię? Ponieważ wspominając moją przeszłość rozpoznałam, ze właśnie wtedy w moim życiu narodziło się Miłosierdzie Boże. W pewnym momencie mój ojciec zaczął pić i okazało się ze jest uzależniony od alkoholu. My jako dzieci nie rozumieliśmy, co się dzieje z naszym ojcem, widziałyśmy go często zmienionego, zdenerwowanego i pełnego złości. Moi bracia przez wiele lat go osądzali mówiąc:

 - Popatrz, jakiego ojca mieliśmy, jaką rodziną byliśmy. Wstydzili się tego.

Dzisiaj po spotkaniu Jezusa mówię im:

 -  Wstydzicie się naszego ojca, ponieważ nie uzdrowiliście poprzez wiarę ran w waszym sercu.

            W pewnym momencie mojego życia zrozumiałam ze już od dzieciństwa Miłosierdzie Boże było blisko mnie. Zrozumiałam, że Duch Święty poprzez te doświadczenia prowadził mojego tatę i mamę w stronę pokory. Bardzo nas upokarzano, dyskryminowano. Nikt  nie chciał tych z południa, dlatego tez dano nam dom przypominający starą szopę. Nikt nas tu nie chciał gdyż było za dużo dzieci! Dzisiaj, po spotkaniu Jezusa, widzę moją przeszłość nowymi oczyma i takie spojrzenie proponuję naszym młodym. Nie wstydźmy się naszej historii gdyż ta przeobrażona przez Miłosierdzie Boże staje się miłością. Dziś te zakrwawione rany z przeszłości stały się dla mnie drzwiami i oknami otwartymi by wylać na innych ogrom tego Miłosierdzia, ogrom miłości, by dać z siebie innym jak najwięcej.

Dziś widzę jak dobroduszny był dla mnie Pan: przygotował mnie już od dziecka do tego, czym miałabym żyć w przyszłości.

Byłam zaręczona, miałam narzeczonego. W pewnym momencie powiedziałam:

 - Całe życie tylko z nim, ta twarz, te słowa...Nie, nie mogę.

Czułam ze moje serce potrzebowało czegoś innego, bardziej uniwersalnego.

Myśleliśmy już o piętnastu dzieciach, dwudziestu, lecz dla mnie to było za mało. Dwadzieścia dzieci i co dalej? I dalej Miłosierdzie Boże dotknęło mojego serca, mojego ciała, mojej duszy. Dlatego wiec dzisiaj jestem tu z tą grupą młodych ludzi. Mamy wiele domów na całym świecie a nasza Wspólnota jest wymagająca. Nasza miłość jest wszechstronna, bezinteresowna, wymagająca. Młodzi muszą czuć ze bez względu na ich słabości mamy do nich zaufanie

Wierzę, że oni mają prawo nie do,,cukiereczka,, który ich uspokoi, lecz do realizacji wymagającej propozycji, która ich wychowa.

            Pierwszą rzeczą, którą uczymy młodych przychodzących do naszych, domów jest modlitwa. To w niej odnajdują oni siłę i spokój ducha. Dzięki Bogu nasi biskupi za każdym razem, gdy otwieramy nowe domy, zezwalają nam w nich na obecność Eucharystii. Nasze kaplice nie mają ławek, klęczymy na podłodze dniem i nocą przed Jezusem Eucharystycznym. Nie mamy niczego a jednak niczego nam nie brakuje. Nie zaakceptowaliśmy dotacji od państwa gdyż bezgranicznie wierzymy w miłość i opaczność Bożą. Widzimy ją każdego dnia w osobach odwiedzających nasze domy. Chłopcy chcieliby makaron z pomidorami i nie ma pomidorów; piętnaście minut przed obiadem odwiedza nasz dom jedna pani z mężem i wyładowują z samochodu skrzynki z pomidorami. Tak jest ze wszystkim! Nigdy w tych 25 latach istnienia Wspólnoty nie poszłam na zakupy. Są momenty, kiedy brakuje nam czegoś, wtedy uczymy się żyć bez tego. Zrozumieliśmy, ze to nie rzeczy czynią nas szczęśliwymi, lecz przyjaźń i pokój...

Zaczęłam wypowiedź od mojej historii z dzieciństwa gdyż chciałabym, gdy jesteśmy smutni, lub nie objęliśmy jeszcze naszej mamy lub taty – abyśmy uczyli się przebaczać. Mówię to szczególnie do was chłopcy i dziewczyny , trzeba przebaczać naszym rodzicom ich błędy gdyż oni wycierpieli więcej od nas w dzieciństwie.

Po pewnym czasie nasza młodzież jedzie do domu na „weryfikę”. Mówię wtedy do nich:

 - Gdy zobaczysz twojego tatę z daleka, ty podbiegnij do niego, biegnij i obejmij go. Obejmując go policz bez słowa do siedmiu. Zobaczysz, że twój tata zacznie płakać, wszyscy zaczynają płakać!

Nie możemy już więcej powiedzieć:

 - Cześć tata… i odejść.

Chcesz zatrzymać się na moment? Twój tata musi sobie przypomnieć, że, kiedy byłaś małą, mały, nie zwracał na ciebie uwagi, nie rozmawiał z tobą, nie stymulował cię do wzrostu. W momencie, gdy syn czy córka go obejmuje - ojciec staje się naprawdę ojcem. Ci młodzi, pełni modlitwy, współczucia, miłości, nie mogą wykonać żadnego innego gestu, który nie dotarłby do serca ich rodziców. Wracając z ”weryfiki” mówią mi:

 - Elvira, gdy zobaczyłem mojego ojca powiedziałem sobie: albo teraz, albo nigdy...

Zaczynam biec, obejmuję ojca i obaj zaczynamy płakać.

Musimy być bardziej ludzcy, pełni miłości. Miłość to życie, poświęcenie, upokorzenie, czasami tez głód. Musisz to przeżyć, aby później móc darować się innym. Bóg jest Miłością a my wybraliśmy Boga…Odwrotnie -  to On wybrał nas, i jesteśmy szczęśliwi ze Go spotkaliśmy!

 

(…)

Jak żyje się z młodymi, którzy przeszli w życiu wiele zła? Nie jest łatwo, lecz jest Ktoś, kto uczy cię tego. Każda chwila z młodymi to dla mnie nowość. Jak to jest ich upomnieć, kochać, objąć, ukarać, grać z nimi, uśmiechać się? Dla mnie to wszystko są gesty miłości. Przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mojego dzieciństwa...

Moja mama była święta i wymagająca. Pamiętam szczególnie jedną modlitwę, którą powtarzała każdego dnia przez cały dzień:

  - Święty Krzyżu Jezusa nie opuszczaj nas!

Ojciec wiele razy tracił pracę, gdyż się do niej spóźniał lub wcale nie przychodził. Ona nie mówiła:  - Panie pomóż znaleźć mojemu mężowi nową pracę.

Nie, ona kochała krzyż, obejmowała go każdego dnia. Właśnie dlatego zaproponowałam moim młodym spotkanie z krzyżem Jezusa...

Jak byłam w stanie żyć z tymi młodymi? To nie ja z nimi żyłam, lecz Miłosierdzie Boże.

Oni przychodzą do Wspólnoty bez godności, bez nadziei. Przychodzą tutaj i nam ufają, nie wiem jak to robią, ale ufają. To jest dla mnie cud. Wspólnota proponuje im drogę modlitwy, wiary żywej. Oni dzisiaj nie potrzebują wielu słów, oni potrzebują czynów i i żywego świadectwa. Patrzą na nasz przykład, nas obserwują. Bardzo ważne jest być konsekwentnym w tym, co się mówi i czyni...

Początki były trudne, spaliśmy na podłodze gdyż nie mięliśmy niczego. Nigdy nie martwiłam się tym. Mamy wszystko, nawet jeśli czegoś nam brakuje -  mamy wszystko! Jednoczymy się w naszej słabości, wzrastamy w miłość, uśmiech, łzy... Czasami się płacze, lecz to nieważne, takie jest życie. Składa się ono ze światła i cieni, odwagi i lęków, siły i słabości, a my ich uczymy życia takiego, jakim jest na prawdę. Teraz chcę podziękować szczególnie Matce Bożej za to, że po paru latach obdarzyła naszą Wspólnotę duszpasterzami, konsekrowanymi i siostrami zakonnymi, które teraz są w wielu wspólnotowych domach misyjnych. Ja nawet nie wyobrażałam sobie tego wszystkiego, lecz Pan Bóg zatroszczył się o wszystko. Dziękuję za poświęcony mi czas.

Kardynał Schonborn:

 - Zapytałem raz matkę Elvirę,  co oznacza objąć krzyż ?

Ona mi odpowiedziała:

 -  Objąć Jezusa ukrzyżowanego.

To prawda, nie proponuję krzyża, lecz mowię:

 - Obejmijmy ukrzyżowanego Jezusa. Obejmijmy Go , to doda nam siły w niesieniu naszych życiowych krzyży. Obejmijmy Go nawet wtedy, gdy czujemy gwoździe. Krzyż bez Jezusa jest nie do zniesienia. Obejmujemy Zbawiciela, On nas ocalił czyniąc nasz krzyż zwycięstwem.

 

Print this pagePrint this page